Cześć Człowieki,


Pierwszy dzień w szkole

Rodzice przeżywali go chyba bardziej niż ja. Mama od świtu prasowała moją białą koszulę, a tata, z miną pełną powagi, ostrzył mi ołówki, jakby od ich ostrości zależało moje przyszłe życie. Na stole czekała przygotowana stalówka, oprawa do niej i kałamarz – istny zestaw małego kaligrafa. Patrzyli na mnie z dumą, jakbym zaraz miał ruszyć na bój, uzbrojony w te wszystkie przybory.

A ja myślałem o czymś zupełnie innym.
Nowi koledzy, nowe koleżanki – w sumie to nawet nie tacy nowi, bo część z nich znałem z podwórka. Przecież wszyscy z naszej rejonizacji trafili do tej samej szkoły. To nie była pierwsza klasa, tylko zerówka, więc żadnych wielkich wyzwań się nie spodziewałem.

Na korytarzu krążyły mamy, czekając na jakiekolwiek oznaki płaczu, by natychmiast ewakuować swoje pociechy do bezpiecznego domu. Trochę to było śmieszne, trochę straszne – widzieć, jak ktoś wychodzi ze łzami w oczach, a za drzwiami czeka wybawienie w postaci rodzica.

Dziś, patrząc na ten dzień z perspektywy 49 lat (bo tyle minęło), myślę sobie, że to, co działo się między wrześniem a zabawą gwiazdkową, jest jak czarna dziura w mojej pamięci. Cała ta zerówka zlewa się w jedno, jakby czas między początkiem a końcem nie istniał. A potem przychodzą zdjęcia z zabawy gwiazdkowej
– te same twarze, które potem były ze mną przez kolejne osiem lat, aż do 1984 roku.


Może nie pamiętam wszystkiego, ale jedno wiem na pewno: stalówka, kałamarz i idealnie wyprasowana koszula nie miały znaczenia. Najważniejsze były te pierwsze przyjaźnie, które przetrwały całe lata.

A mama? Myślę, że do dziś sprawdzałaby (choć już dziś Jej tu nie ma),
czy mam czysty kołnierzyk w koszuli.

Do usłyszenia
Wasz Andrzej Stanisław

#pióro
hasztagpierwszydzwonek

Komentarze

Popularne posty z tego bloga